Dochodzę do wniosku, że nie jestem wymarzonym klientem dla banków. Dlaczego? Bo to oni zazwyczaj mi płacą, a nie ja im.
Wybieram zawsze konto, które jest za darmo (w tej chwili posiadam konta w 8 różnych bankach i w żadnym nie płacę za prowadzenie, a kartę mam tylko tam, gdzie jest darmowa). Nie dokonuję żadnych operacji w oddziale, gdzie są najwyższe prowizje, ani nawet przez telefon – wszystko robię bez wychodzenia z domu, przez internet.
Nie trzymam w bankach żadnych kokosów, przez co nie zależy im aż tak bardzo, żeby mnie zatrzymać. Dodatkowo optymalizuję depozyty z dzienną kapitalizacją (lokaty po 549,12 zł w Open Finance i 40,11 zł na rachunku oszczędnościowym w Eurobanku) aby wycisnąć grosz więcej z odsetek, przez co bank płaci mi nieco więcej niż by chciał.
Nie posiadam żadnego kredytu, na którym bank mógłby zarabiać. Jedyna karta kredytowa jaką miałem została zlikwidowana ponad rok temu zaraz po tym, jak BZ WBK postanowił podnieść prowizje – doszedłem zresztą do wniosku, że jest mi niepotrzebna, bo po co mi limit, który muszę spłacić z bieżących dochodów, po czym brakuje mi gotówki i znowu go wykorzystuję… Taka maszynka do uzależnienia klienta od banku, która powoduje że wpadamy w błędne koło, podobnie jak limit kredytowy w rachunku bieżącym.
A propo kredytów… Jakiś czas temu banki krzyczały: „Weź u nas kredyt, nieważne że nie potrzebujesz… wszyscy biorą to Ty też weź skoro możesz. Nieistotne na co, najważniejsze że oddasz nam kilkadziesiąt procent więcej!” Starają się w nas wzbudzić przekonanie, że posiadanie kredytu jest nie tylko modne, ale wręcz niezbędne żeby mieć zdolność na wypadek gdybyśmy chcieli zaciągnąć w przyszłości kolejny, większy. Ostatnio akcja kredytowa nieco przyhamowała ze względu na kryzys, ale wygląda na to że powoli znowu wszystko się rozkręca. Moje zdanie w tej sprawie jest jasne – jeżeli mnie na coś nie stać, to nie kupuję. Wolę poczekać trochę i zaoszczędzić kwotę niezbędną na zakup danego przedmiotu. Myślę jednak, że wyjątkiem będzie kredyt na własne mieszkanie, który w przyszłości być może zaciągnę, to jednak całkiem inna bajka. W Polsce stosunek cen mieszkań do zarobków jest tak wysoki, że gdybyśmy chcieli odłożyć gotówkę na jego zakup, większość Polaków cieszyłaby się nowym mieszkaniem dopiero na emeryturze.
Dzisiejszy wpis może wydawać się nieco chaotyczny, są to jednak moje pisane na przysłowiowym kolanie przemyślenia. Na ich podstawie doszedłem do wniosku, że banki nie mają podstaw żeby mnie lubić. Jednak mi z tym dobrze.
Brak podobnych wpisów.


Wczoraj widziałem reklamę w tv jakiegoś banku “u nas możesz mieć skuter za jedyne xxx zł”
Reklama akurat dla dzieciaków na wakacje, którzy teraz będą męczyć rodziców.
To dość znany chwyt (”…za jedyne ileś tam miesięcznie”) – podawanie wysokości raty miesięcznej zamiast całej kwoty, a większość klientów dowiaduje się ile naprawdę zapłaci dopiero w momencie podpisania umowy